The Yellow Book

№ 21, Sprzęgnięty z Siecią


Wystarczy nie być on-line dwa dni, żeby wywołać popłoch i zaniepokojenie na GG.

Lazy Butterfly
Po przeczytaniu Kobiety z wydm zmieniam taktykę. Kiedy przestaniesz się odzywać, zamiast wzywać gopr, najpierw sprawdzę wszystkie okoliczne, piaszczyste doły, a następnie dam ogłoszenie do gazety, że masz się stawić tu i tu tego i tego dnia, w przeciwnym razie zostaniesz uznany za zaginionego.
Lazy Butterfly
Po upływie terminu będę zmuszona poczynić konieczne kroki w twoim mieszkaniu, tj. 1) usunąć masło, które może stanowić źródło skażenia (a los twoich sąsiadów jest mi szczególnie bliski) 2) wynieść antologię Teorie literatury XX wieku (ktoś mógłby ją zniszczyć lub wykorzystać w złym celu, jak wiemy wielka moc, to wielka odpowiedzialność).
Lazy Butterfly
Poza tym wizja utraty antologii wyciągnie Cię z najgłębszego dołu, choćbyś nie wiem jak był zaginiony. ;]

skomentuj (0)

Mayh Navea, 2010-01-18



№ 21, Sprzęgnięty z Siecią


Wystarczy nie być on-line dwa dni, żeby wywołać popłoch i zaniepokojenie na GG.

Lazy Butterfly
Po przeczytaniu Kobiety z wydm zmieniam taktykę. Kiedy przestaniesz się odzywać, zamiast wzywać gopr, najpierw sprawdzę wszystkie okoliczne, piaszczyste doły, a następnie dam ogłoszenie do gazety, że masz się stawić tu i tu tego i tego dnia, w przeciwnym razie zostaniesz uznany za zaginionego.
Lazy Butterfly
Po upływie terminu będę zmuszona poczynić konieczne kroki w twoim mieszkaniu, tj. 1) usunąć masło, które może stanowić źródło skażenia (a los twoich sąsiadów jest mi szczególnie bliski) 2) wynieść antologię Teorie literatury XX wieku (ktoś mógłby ją zniszczyć lub wykorzystać w złym celu, jak wiemy wielka moc, to wielka odpowiedzialność).
Lazy Butterfly
Poza tym wizja utraty antologii wyciągnie Cię z najgłębszego dołu, choćbyś nie wiem jak był zaginiony. ;]

skomentuj (0)

Mayh Navea, 2010-01-18



№ 20, Jeże Narodzenie


Przemyślenia zainspirowane pomysłami kupienia jeża. Pomysły przeminęły w zderzeniu z przeliczeniem jeża na liczbę kurtek bądź płaszczy.

Status GG:
Jeże się urodziły. Kupić? Nie kupić? *obgryza pazur*

Astarael
Kupić! :-D
Ja
i będę zgubion. jeże zamieszkaja na czubku mojej głowy. i tam będą sie kręcić w kółko, tupać i bździć gdzie popadnie. a ja będę je za to hołubił.
Astarael
Będziesz stracony. :-]
Ja
zamieszkam w gnieździe na szczycie wielkiego drzewa.
i obwinę się chustą. ze światem będę się komunikował za pomocą wrednie wystawionego nosa. ludzie będą wróżyć z kierunku, w jakim będę zwrócony.
Ja
będę się żywic raz w roku pomarszczonymi jabłkami, które nie spadną z gałęzi do późnej jesieni, krojąc je maleńkim nożykiem na plastry.
Ja
taki mój los.

skomentuj (1)

Mayh Navea, 2009-12-16



№ 19, w związku z magdą mięsny i zygmuntem chajzerem o śnieżnowizirowych skarpetkach


Ja 14:11:25
Lol, Koło Fortuny i Magda Mięsny :D
Aliss
:D bosz, w ogóle to jeszcze leci!
Ja
tak, nowa edycja jest. z tym potwornym człowieczkiem
Aliss
nie wiem, czy magda mięsny przekręca literki, a wojciech pijanowski podkręca wąsa do kamery. ale są chetni. i o zgrozo muszą być jacyś widzowie
Ja
no ba że są. po codziennym rajdzie po m jak maść i moda na suknie - koło fortuny. ale teraz jest bardziej żenująco.
Ja
bo magda mięsny przynajmniej odwracała te literki. a teraz już to się robi jakoś automatycznie i ta laska po prostu chodzi jak ta kaczka tam i z powrotem tam i z powrotem i dotyka tych klocków nie wiadomo po co.
Ja
to jest niesamowite, że magda masny stała się instytucją sama w sobie. i jest totalnym symulakrem - bo nie spełnia żadnej funkcji, nic tam nie robi. tylko się przechadza - a bez tego przechadzania nie byłoby w ogóle koła.
Ja
to chyba jakaś klisza po american dream -- chyba w takich programach amerykańskich standardem jest podstarzały prowadzący i trzódka hostess, które przynoszą nagrody, mizdrzą się przy samochodach i bimbają na sznurach od bramki nr 3.
Ja
a nam z tego snu pozostała już tylko magda.
Aliss
:D bosz. to temat na felieton przynajmniej :D magda mięsny a wyobrażenia zbiorowe.
Aliss
pamiętam jak oglądałam w wieku lat 6 czy 7 sat1 i tam były takie apetyczne teleturnieje. niepojęte zasady i dziwne nagrody.
Aliss
aternatywna rzeczywistość zza odry. piękni ludzie z niebieskawymi zębami i dziwne szufladki z dojcze markami.

skomentuj (2)

Mayh Navea, 2009-09-18



№ 18, „Myszy i ludzie”


Śniła mi się dzisiaj mysz. Ta sama, która wczoraj wieczorem łaskawie przecwałowała susami przez przedpokój, prezentując mi swój brązowy zad i ogon. Zarówno na jawie, jak i we śnie, mieliśmy z myszą małe problemy komunikacyjne: otóż nie rozumiała moich intencji, aby polubownie się pożegnać. Nie planuję jej ścinać głowy ani mumifikować jakimś świństwem — niemniej we śnie prawie oberwała jakąś pałą. Co więcej, urosła do rozmiarów młodego kota, czym mnie dodatkowo wkurzyła (no bo o ile więcej musiałaby jeść!).

Zaczynam podejrzewać, że ta mysz ma reprezentować mnie: przemykającego się z kąta w kąt przez miejsce, gdzie nie czuje się dobrze, a gdzie zostaje dla świętego spokoju i jedzenia. A skoro nie chcę, żeby ktoś mi uciął głowę albo zmumifikował, powinienem przemyśleć swoją postawę (przemyśliwuję i czekam na energy packa). Myszy i ludzie w nowym wymiarze.

W Lost Sawyer czytał Ludzi i myszy. Jego analogon z Queer as folk, Brian, nie czyta — ale gdyby trafił na bezludną wyspę, to na pewno by zaczął. Zwłaszcza, że w okresie posuchy zawsze pozostałaby półprzymknięta książka (bonus: wiedziałby, gdzie skończył; antybonus: trudno by było wrócić do poprzednich stron).

Krisznamurti powiedział kiedyś: „Człowiek jest samotny jak ogień, jak kwiat, ale nie zdaje sobie sprawy z ogromu i nieskazitelności tego stanu”. Dziś dowiedziałem się, że zapewne odnajduję w sobie Krisznamurtiego. Mam nadzieję, że okaże się sympatyczny.

Wpis zainspirowany promieniem z kosmosu, który trafił mnie dziś wielokrotnie (z częstotliwością większą niż u pewnego kozła, który materializował się w Acapulco).

skomentuj (1)

Mayh Navea, 2009-07-11



№ 17, Unstoppable tiger, immovable dragon


Ostatnio dużo — i to dużo dobrego — się mówi o filmie Batman: Dark Knight. Nie powiem, że się temu dziwiłem, a już od wczoraj sam mam ochotę zabrać głos. Nie będę powtarzał peanów, jakie są rozgłaszane wszem i wobec w kolejnych recenzjach. Nie zamierzam wystawiać kolejnej noty 9,5/10 ani zgłaszać Heatha Ledgera do pośmiertnej nominacji do Oscara. Po prostu, zgadzam się z tymi wszystkimi opiniami i podpisuję pod każdą z osobna. Postanowiłem podzielić się kilkoma spostrzeżeniami, które uważam za nieco bardziej osobiste. No, może prócz jednego, które chyba ma charakter prawie ogólnoludzki, a od którego zacznę.

Maggie Gyllenhaal, która przypomina poczciwą panią weterynarz, nie powinna się pojawić w tym filmie w innej roli niż statystka (najlepiej taka z gumową maską na głowie i sklejonymi rękami. Choć mogłaby mieć problemy z odegraniem trzęsienia się). Dramat! Nie wiem, czy to spojrzenie spaniela na nieco obrzmiałej twarzy było wystudiowane. Być może tak, bo repertuar min w stylu Księżniczki Lei, przypominającej sobie przepis na barszcz, opanowała w 100%. Jako jedyny.

Rozumiem, że twórcy nie chcieli kolejnej plastikowej durnostojki u boku Batmana, ale pójście w konwencję holenderskiej mleczarki było przegięciem w drugą stronę. Dziewczyna nie potrafiła zagrać ani zakochania, ani desperacji, ani strachu. W łapach Jokera z nożem praktycznie wsadzonym do ust powinna przynajmniej drżeć, jeżeli nie płakać, ślinić się, kapać z nosa i dać upust pęcherzowi. Niestety, filmowa "Szpachel" zachowała zimną krew, jakby właśnie opuściła gabinet psychoterapeutki.

Ale dość o niej, kto widział, ten wie co mam na myśli. A teraz garść innych spostrzeżeń i refleksji:

1. Joker — przetłuszczony, śliniący się, ciamkający, był doskonały. Ech, to chyba też wiedzą wszyscy, ale nie sposób o tym nie wspomnieć..

2. Scenariusz był wspaniały. W zasadzie składał się z trzech nowelek połączonych w jedną, spójną całość. W kilku momentach czułem, że zbliża się jakiś punkt kulminacyjny i było mi przykro, że film zaraz się skończy. A nie skończył. Po seansie poczułem się naprawdę dobrze… nakarmiony.

3. Sceny akcji były świetne. Pomijając świetne zdjęcia i szybki montaż, uwagę przyciągały naprawdę błyskotliwe pomysły na aranżacje kolejnych pościgów czy akcji w wieżowcach.

4. Skoro już poruszyłem kwestie architektury: Gotham było mało "Gotham" (to wczoraj ustalaliśmy z Soffi). Zabrakło choćby najdrobniejszego akcentu gotykpunkowego. A przecież między wieżowce można było wcisnąć mała katedrę. Albo "zaostrzyć" kilka zbyt płaskich dachów wieżowców. Skoro miasto jest lustrzanym odbiciem samego Batmana, jakiś mroczny akcent powinien się był pojawić. Jedyna prawdziwie gothamska scena to była defilada na wąskiej ulicy między nachylającymi się ku niej kamienicami.

5. Moim zdaniem najmocniejszą scena filmu był dramat dwóch statków. Uważam, że była to mocna i gorzka aluzja wobec polityki Georga Busha: — pokazała, że demokracja jest formą zawoalowanej dyktatury. Ludzie wybierają, ale to ktoś im mówi, spośród czego; — wskazała, że w sercu samej demokracji też drzemie rozkład. Ludzie nie są dobrzy (nie z natury, ale z wyboru) i podejmują okrutne decyzje. Jako masa nie powstrzymają się przed wykluczeniem czy rytem ofiarniczym. Nierozwiązana pozostaje tylko kwestia odpowiedzialności. To, że kluczyk w detonatorze był jeden, uratowało ludziom życie. Gdyby dało się użyć go zbiorowo, tłum nie miałby z tym problemów (stąd np. rytuały kamienowania, w których uczestniczy cała zbiorowość); — pierwszą naprawdę moralną osobą w tej sytuacji okazał się więzień — uważam, że jego pomarańczowy strój, przywodzący na myśl Guantanamo, nie był wybrany przypadkowo. Nawet Amerykanie kojarzą kolor strojów niepokornych więźniów z tym więzieniem — wystarczy wspomnieć akcję Banksy'ego w Disneylandzie.

6. Batman i Joker zostali zestawieni fenomenalnie, a jednocześnie inaczej niż to dyktuje tradycja. Wcześniej Joker był dokładnym odbiciem Batmana, obaj pogrążeni byli w szaleństwie. Różnica polegała na tym, że jeden się mu poddawał, a drugi dokonywał freudowskiego wyparcia, kanalizując energie na czynienie sprawiedliwości.

W Dark Knight ta kwestia się zmieniła. Nie do końca nawet jest tak, że zgodnie z mitologicznym schematem jeden uosabia Porządek, a drugi Chaos. To coś więcej. Joker świetnie zdiagnozował sytuację. Porządkiem było społeczeństwo, czyli gromada ludzi wraz z ich zarządcami i instytucjami. Porządek jest wbrew pozorom siłą dynamiczną, nie znoszącą zbytniej stabilizacji. Cały system społeczny może się przewrócić do góry nogami pod wpływem katastrof i rewolucji, ale Ład znów zapanuje, dostosuje się do nowych okoliczności. Po raz kolejny zdefiniuje swoje Centrum, nałoży stygmaty na Peryferia i zmarginalizuje je, wyprze albo złoży w ofierze w imię Świętego Spokoju.

Na tym marginesie są właśnie dwaj dziwacy, dwa wyrzutki, dwa freaki. Joker znów błyskotliwie nazwał ich relację w pięknej sentencji: This is what happens when an unstoppable force meets an immovable object. Joker jest chaosem — Batman jest Constans. Tym, co nie może się zmienić niezależnie od jakichkolwiek czynników zewnętrznych. Porządek zaś działa pomiędzy oraz poza nimi, to na zmianę zmieniająca się i krzepnąca magma.

Nie spodziewałem się, ze Mroczny Rycerz da mi tyle do myślenia ani że popchnie refleksje w tę stronę. Jestem bardzo ciekaw, kto będzie kolejnym przeciwnikiem Batmana (bo z Jokera pewnie na razie zrezygnują) i czy ich relacja zostanie sproblematyzowana na równie zaskakującym, wysokim poziomie.

skomentuj (3)

Mayh Navea, 2008-08-17



№ 16, Pod otwartym niebem


No i stało się. Pani Muzykalność wyciągnęła mnie na Open'er Festival (4–6. lipca 2008 r.). Z początku miałem opory, gdyż zespół, na którym mi najbardziej zależało — Beirut — odwołał koncert. Pani Offowość zaś była nieco zawiedziona z powodu kolejnej artystki, która się wykruszyła, czyli M.I.A.. Tak się jednak złożyło, że jeszcze kilka znajomych zgłosiło się na wyjazd i względy towarzyskie w pewnym stopniu przeważyły. A choć z powodu obowiązków pani Pilność nie mogliśmy dojechać do Gdańska na czas, pojawiliśmy się tam na drugi i trzeci dzień.

Miałem trochę obaw względem koncertów, przede wszystkim samej ich formuły. Na miejscu część z nich się rozwiała, a inne przeciwnie, objawiły swoje jeszcze bardziej podstępne oblicze. W kwestii samych wykonawców miałem różne uczucia, choć były zespoły, które chciałem usłyszeć na żywo, to dużej części albo nie znałem, albo zupełnie mnie nie interesowała (jak Jay–Z).

Ogólnie występy artystów oceniam bardzo pozytywnie. Nawet Jay–Z, który był z trochę innej bajki, postawił na zrobienie show, co mu wyszło całkiem fajnie. Dobre nagłośnienie, dynamiczne oświetlenie i dekoracje ustawiane osobno dla każdego zespołu, wprowadzały klimat i sprawiały, że wszystkie występy były unikatowe. A teraz garść konkretów:

Interpol — uczciwie, nie pamiętam tego występu. Żadna z ich piosenek nie wyryła mi się w pamięci. Słuchając ich kawałków na MySpace faktycznie coś świta, że mogli to śpiewać, choć jutro i tak pewnie nie będę tego pamiętał. Cóż, na mnie działają głównie słodkie, wysokie wokale (tak, tak, Lisa Gerrard), a na koncercie Interpol oddziaływał głównie gitarami basowymi i perkusją. Odbiór odbywał się bardziej brzuchem niż uchem. Dopiero słuchanie tego na spokojnie, w domu, z dobrymi słuchawkami zaczyna działać jak powinno.

CocoRosie — to najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert z całego Open'er i największe rozczarowanie! Otóż z niewiadomych mi i raczej niewyjaśnialnych powodów organizatorzy postanowili strzelić sobie samobója. Jeden z najoryginalniejszych występów odbył się bowiem w namiocie — ogromnym, ale cóż znaczy „ogrom” w porównaniu z rzeszą ludzi, która do niego wtargnęła, żeby zobaczyć siostry Casady. Ścisk był taki, że z musieliśmy opuścić namiot razem z panią Wściekłość, która miała łzy w oczach. Do tego dopiero jak wyszliśmy zaczęto grac fajniejsze kawałki, co tylko zwiększyło rozgoryczenie. A żeby nas jeszcze pogrążyć w pretensjach, podczas koncertu Sex Pistols podniesiono poły namiotu, ułatwiając komunikację, uczestniczenie w koncercie i rozładowując tłum. Za późno się uczycie na błędach, państwo organizatorzy!

Gentleman — słyszałem, że to było jedno z największych wydarzeń Open'er. Tymczasem… sprawa ma się identycznie jak z Interpolem. Może nawet gorzej, bo słuchanie kawałków na MySpace niewiele mi przypomina. Niemniej telewizja jest zachwycona zespołem, być może bez niej nawet bym nie pamiętał, że ktoś taki występował. W krótkim wywiadzie udzielonym reporterom wokalista wyjawił, że chce, aby na świecie zapanował pokój. Był tak uroczo i naiwnie tym przejęty, że pewnie mówił szczerze. Ale do reggae chyba mnie nie przekonał.

Erykah Badu — Wielka Spóźniona Open'era. Absolutna rewelacja. Gigantyczna osobowość, promieniująca ze sceny. Gospelowy głos, zdolny kruszyć kryształy. Nigdy nie wnikałem w jej biografię ani teksty jej piosenek, więc występ był dla mnie dużym zaskoczeniem. Po pierwsze, w jednym z utworów śpiewała o Elohimie. Nie wiem, do jakiej opcji religijnej tym nawiązywała, ale z pewnością jest daleko od chrześcijańskiej ortodoksji. Po drugie, jeden z utworów miał ściśle szamański charakter. Erykah najpierw zapytała się zebranych, czy lubią śnić, następnie zaczęła przedziwny zaśpiew, wtórując sobie grą na prostym bębenku. Tu nie mam wątpliwości, że nawiązała do tradycji duchowych podróży, w których przewodnikiem był magiczny instrument.

Goldfrapp — nigdy wcześniej nie spotkałem się bezpośrednio z twórczością Alison Goldfrapp, ale mam wrażenie, że moje ucho dawniej wyłapywało z tła jej muzykę, gdyż brzmiała znajomo. Przyjemnie było jej posłuchać: posmak lat 80., lekki aromat kiczu. I kolejne „magiczne” zaskoczenie po Eryce Badu. Na koncernie występowały 3 wokalistki (w tym Alison). W tle, za muzykami stał stroik z poroża zatkniętego na słup, ze zwisającymi z niego wstążkami w kolorach różu, błękitu i bieli. Dodatkowo na instrumentach stały sztuczne zwierzęta: sowa i kruk. biorąc pod uwagę, że zespół pochodzi z Wysp Brytyjskich, nawiązanie do kultów Potrójnej Bogini i Rogatego Pana nie są przypadkiem. To niezwykle ciekawe, gdyż sama muzyka nie jest żadnym przetworzeniem motywów folkowych, nawiązanie musi być więc głębsze.

Massive Attack — drugi z bardziej wyczekiwanych przeze mnie zespołów. Po koncercie mam nieco mieszane uczucia. A nawet nie mieszane — bardzo wyraźnie podzielone. Niezwykle mi się podobały wszystkie utwory, w których nie śpiewał główny wokalista, czyli m.in. Teardrop, Angel i Unfinished sympathy. Niestety, nie mogę się pogodzić estetycznie z panem wokalistą, który według mnie śpiewał wszystko na dwóch nutach i za cały swój taniec miał kręcenie młynka łapkami. To punkt sporny z panią Wrażliwość, która uważa, że wokalista ma seksowny głos i równie seksownie się porusza. De gustibus… Faktycznym zgrzytem dla mnie było wyświetlanie na planszy za zespołem sentencji. To zabawne, bo kamery, które przekazywały sytuację ze sceny na telebimy ani razu nie pokazały żadnego z tych zdań od początku do końca. Niemniej, jedna po drugiej, leciały tam życiowe, pro–wolnościowe i pro–tolerancyjne mądrości. Jak dla mnie zabieg był za mocno retoryczny, jeżeli Massive Attack chce nadać swojej twórczości tak mocno ideologiczny wydźwięk, to te teksty powinny być wyśpiewane, a nie przekazywane pobocznym medium. Na szczęście tę niedoróbkę pomysłu zrekompensowało mi wykonanie wspomnianego Angel, podczas którego grał nie tylko głos wokalisty, ale również powódź czysto–białego światła. To jedyny utwór, który zdołał otworzyć dla mnie niebo podczas Open'er.

Chemical Brothers — niestety, pomysł na prezentację — która sama w sobie była świetna i zasługuje na najwyższą ocenę — absolutnie się nie zgadza z tym, co uważam cenne w samym zjawisku koncertu. Dla mnie jego sednem jest bezpośrednie obcowanie z żywym artystą, odbiór dzieła tworzonego tu–i–teraz, gdzie każde działanie sceniczne natychmiast wywiera bezpośredni wpływ na unikatowe wykonanie. Niestety, Chemical Brothers mają założenie, że ukrywają siebie jako osoby i każą obcować widzom z elektronicznymi (re)prezentacjami. Jak wspomniałem, ich poziom był bardzo wysoki, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ktoś trochę ze mnie kpi. Ja oglądam nakręcony wcześniej obraz z muzyką, a sami artyści właśnie jedzą kiełbaski w części gastronomicznej gdyńskiego lotniska. Gdybym oceniał występ w kategoriach kina, ocena może byłaby inna. Niestety, gdy się zorientowałem, ze już nie zobaczę grających muzyków, szybko opuściłem koncert.

Podsumowując Open'er jako całość, mam kilka spostrzeżeń, dotyczących samego koncertu, jak i kwestii ogólniejszych:

♠ Z jednej strony Open'er został zorganizowany fenomenalnie: świetne miejsce, armia obsługi, profesjonalny sprzęt, zapewniona higiena w postaci Miasteczek ToiToi, rozstawione w pewnej odległości od scen punkty gastronomiczne, zapewniony przejazd autobusami z i do miasta, dodatkowe atrakcje, etc. Z drugiej strony te same punkty można przemienić na minusy, biorąc pod uwagę rzesze ludzi, którzy się pojawili. Mam wrażenie, że organizatorzy zupełnie nie panowali nad liczbą gości i sprzedanych biletów. Każdego dnia, mniej więcej w czasie rozpoczęcia pierwszych koncertów, brakowało bransoletek, które były przepustkami na kolejne dni. Już to wskazuje, że przygotowanych wejściówek było mniej niż uczestników. Efekt: nieznośne zagęszczenie ludzi, ścisk na koncertach, problemy organizacyjne (gigantyczne kolejki do punktów z bransoletkami, punktów wymiany pieniędzy na festiwalowe kupony, etc.), katastrofa komunikacyjna po koncertach drugiego dnia, gdy kilka tysięcy osób próbowało wsiąść do opieszale podjeżdżających autobusów.

♠ Dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że artyści, po których się tego zupełnie nie spodziewałem, w oryginalny i chyba dość głęboki sposób nawiązują do bardzo starych tradycji.

♠ Cieszę się, że po raz pierwszy mogłem jeść chińskie jedzenie z charakterystycznego, kartonowego pudełeczka, które do tej pory znałem tylko z amerykańskich filmów ;)

♠ Pomimo tego, że niektóre występy były naprawdę świetne, formuła koncertu na wolnym powietrzu nie bardzo mi odpowiada. Chyba preferuję kontemplacyjny sposób odbierania muzyki (i koncerty przeznaczonych do tego w salach). Z małymi wyjątkami nie angażuję się cieleśnie w słuchanie utworów, więc banda pogujących i rzucających się w amoku sąsiadów jest niezwykle irytująca. To samo mogę powiedzieć o osobach, które nagle zaczynają o czymś głośno rozmawiać i „brzęczeć” nad uchem, oraz o braniu kogoś „na barana”. Chociaż rozumiem intencje (sam bym wziął na ramiona panią Ciekawość), wielka, zasłaniająca scenę, czarna sylweta Pani Dziuni, falującej nad głowami zebranych dwoma kubkami piwa, może doprowadzić do furii.

♠ Najbardziej fascynujące dla mnie spostrzeżenie, jakie poczyniłem, to kulturowe znaczenie grania ciałem podczas uczestnictwa w koncercie. Takie zachowanie zmienia się wraz z czasami i nie mam pojęcia, od czego ono zależy (być może od występów piosenkarzy na teledyskach, których zachowanie jest kopiowane przez fanów). A konkretnie: podczas skandowania i innych podobnych czynności, ludzie podnoszą w górę pięści i machają/wygrażają nimi. Często też wzmacniając efekt, wyciągają palec wskazujący, dzięki czemu ich ruch przypomina pouczanie. Kiedyś robiono „meksykańską falę”, wznoszono w górę zapalniczki i falowano nimi. Dzisiaj grozi się paluszkiem. Jestem ciekaw, jakie ukryte treści są tym wyrażane — podejrzewam, że to znak przesycenia muzyki niejawną, ale silną agresją. Wyuczeni na tym słuchacze reagują również zachowaniem wyrażającym przemoc.

Chociaż w głównej mierze — z małymi, ale cennymi wyjątkami — traktuję festiwal jako ciekawostkę, wyjazd był ogromnym sukcesem towarzyskim. Poznałem kilka przesympatycznych osób oraz zostałem podstępnie zarażony muzyką Santogold, która nie jest dla mnie klasycznie piękna, ale chodziła mi po głowie nieprzerwanie przez kilka dni. Udało mi się również bardzo wypocząć dzięki wizycie… w aqua parku. Dzika Rzeka okazała się strzałem w dziesiątkę, podobnie jak dwie wodne zjeżdżalnie. Nie sądziłem, że kilkugodzinne pływanie w gorącej wodzie może być aż tak odprężające. Dziękuję wszystkim, którzy umilili mi wyjazd, dzięki Wam będzie niezapomnianym, pięknym doświadczeniem.

skomentuj (2)

Mayh Navea, 2008-07-31




Księga Gości

E–mail:


Tagi


Interesujące strony:
♠ Stowarzyszenie Literackie im. K.K.Baczyńskiego
♠ Johnny Hollow
♠ Koło Naukowe Antropologów Literatury
♠ Komiks na Poltergeist

Zaprzyjaźnione blogi:
♠ Appetit Noir
♠ Lazy Butterfly
♠ Astarael
♠ repek
♠ MEaDEA



2009
grudzień
wrzesień
lipiec
2008
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty


statystyka